Kategorie: Wszystkie | komunikacja | miejsce | praca | przestrzeń | rozrywka | subwarszawa | ulica
RSS
środa, 30 września 2009

Zmiany. Napędzają mnie i pozwalają za każdą z nich w jakiś sposób na nowo spojrzeć na to, co robię.

Tym razem zmieniłam mieszkanie.

Poszukiwania - choć może nie najintensywniejsze - fajnego mieszkania w Warszawie zajęły mi prawie rok. Oglądałam sporo mieszkań i przerażało mnie to, co ludzie proponują do wynajęcia.

Ale w końcu udało się. 10 minut spacerem do pracy, którą widzę zresztą z okien swojego pokoju.
Ale widzę nie tylko swoją pracę.

Mieszkam teraz na 10tym piętrze we wieżowcu. I mam niczym nie przysłonięty widok na całą lewobrzeżną Warszawę! Staję czasem na balkonie i się przyglądam - a jest czemu!

Niedawno przeczytałam bardzo fajne zdanie - że na to miasto trzeba patrzeć z góry. Wtedy widać jego zamysł, swoisty ład. Poza tym znika wówczas brud czy nieporządek.

Absolutnie się z tym zgadzam. To miasto, widziane z pół-lotu ptaka (bo w końcu dziesiąte piętro to nie jest szczyt możliwości, jakie oferuje Warszawa), daje mi poczucie przestrzeni, swobody. Tego, czego potrzebuję.

 

czwartek, 17 września 2009

To jest tak, że pewne miejsca w mieście odkrywa się właściwie przypadkiem. Odkrywa, czyli dostrzega się jego urok, klimat, charakter, lub ich brak.

Ścieżki, którymi chodzę, przez Plac Zbawiciela prowadzą przynajmniej kilka razy w miesiącu. Lubiłam to miejsce od początku. Ale dopiero niedawno odkryłam, dlaczego.

Ma taki śródziemnomorski charakter. Tak mi się kojarzy. Okrągły, z arkadami i kolumnadą, zielenią, kamienicami dokoła. I kościół - który wydaje się taki nietypowy, nie "nasz". A jednak pasuje do tego miejsca idealnie.

Plac Zbawiciela tętni życiem właściwie przez cały dzień. Plan B - czyli piwo w ogródku lub na schodach, naleśnikarnia, sushi bar, stragany owocowe i kwiatowe... Duży ruch na rondzie, tramwaje, samochody - a jednak można tu znaleźć jakąś ostoję, trochę spokoju. Przysiąść choćby na krawężniku, i jeśli świeci słońce - pooddychać w innym rytmie, niż reszta Warszawy.

To w tej chwili moje ulubione miejsce w stolicy.

 

czwartek, 27 sierpnia 2009

Tego lata zjawisko to dało się we znaki wielu miejscom w Polsce. Warszawie również.

Do tej pory wszelkie oberwania chmury oglądałam zza szyb - albo w pracy, albo w domu. Ewentualnie w ekranie telewizora (zastanawiając się, czy przypadkiem moje mieszkanie nie jest właśnie podmywane... Na szczęście tak się jeszcze nie zdarzyło).

Dziś jednak doświadczyłam, jak to jest, kiedy parasol nie znaczy praktycznie nic, bo leją się na Ciebie strugi takiego deszczu, że nigdy by Ci do głowy nie przyszło, że może tak mocno padać.

Trzysta metrów - może tyle szłam w tym deszczu przed 7.30 rano. Czerską płynął potok, wody do kostek. W butach kałuża - po pół minuty marszu. I właściwie po tych 30 sekundach jest Ci już wszystko jedno, czy idziesz z parasolem, czy bez. I zastanawiasz się nawet, czy nie zatrzymać się na chwilę i nie nakręcić filmiku o tym, jak wygląda teraz ulica, którą przemierzasz codziennie.

Jest jedno słowo, które doskonale oddaje to, czego dzisiaj doświadczyłam. MASAKRA.

piątek, 07 sierpnia 2009

Ile osób, tyle opinii o tym mieście - jak zresztą ze wszystkim na świecie.

Ja - nie zamieniłabym swojej Warszawy na żadne inne miasto.

Moja Warszawa - ta, po której się przemieszczam, miejsca, które odwiedzam, ludzie, których spotykam, tramwaje, którymi jeżdżę - moja Warszawa jest dokładnie taka, jakiego miasta potrzebuję.

Kocham Wrocław - to moje absolutnie ulubione polskie miasto. Ale nie chciałabym tam mieszkać - właśnie dlatego, że ma dla mnie tyle uroku... który mógłby prysnąć, gdybym spędzała tam każdą chwilę życia.

Uwielbiam Poznań - znam go naprawdę dobrze, z pewnością lepiej, niż Warszawę, mam tam przyjaciół i ukochane zakątki. Ale jednak kiedy teraz tam przyjeżdżam, czuję się nie do końca jak u siebie.

Zatem - myślcie co chcecie - ale nie zamieniłabym już Warszawy. Z całą jej różnorodnością, może trochę dziwnością, na pewno zaskakującym folklorem czy specyfiką. To jest to miejsce, w którym naprawdę czuję się dobrze.

środa, 29 lipca 2009

Trzeci raz. Udaje mi się tak ustawić pracę i inne zobowiązania, żeby jechać. Na "Nadzieję" do Kołobrzegu. 

Spotkać się z dawno nie widzianymi znajomymi. Pograć na gitarze, pośpiewać, a właściwie powydzierać się w niebogłosy z piosenkami Kaczmarskiego na ustach, bez żadnego zażenowania czy wyczuwania na sobie czyichś spojrzeń, że "znowu ten Kaczmarski". W grupie ludzi, którzy doskonale rozumieją tę fascynację, podzielają ją - i to jest ten element wspólny. Oczywiście nie jedyny, ale najważniejszy. A o innych rzeczach, które dzielą czy łączą, można dyskutować godzinami.  

Cieszę się niesamowicie na ten wyjazd. Za pół godziny będę już w drodze. Potrzebuję odpoczynku. Od zgiełku Warszawy, od pracy, od stresu, od ciągłego skupienia, od telefonu służbowego, od komputera. Cieszę się tym bardziej, że nie zanosi się na żaden inny wyjazd w tym sezonie.

21:35, jodynka
Link Dodaj komentarz »
sobota, 25 lipca 2009

Znalezienie mieszkania w rozsądnej cenie, w stanie w miarę dobrym w Warszawie graniczy z cudem.

Najpierw przez ponad pół roku szukałam pokoju. To jest niebywałe, jakie paskudne warunki ludzie oferują ludziom. Syf, kiła i mogiła. Naoglądałam się tych mieszkań sporo. Oczywiście, kilka mi się podobało, ale tu pojawia się drugi parszywy element rzeczywistości warszawskiej - castingi na lokatorów. Nie wiem, co trzeba robić, żeby taki casting wygrać. Może trzeba być szarą myszką, cichą i grzeczną, nie mającą nic do powiedzenia? Jeśli tak, to nie mam szans.

No więc pokoju nie znalazłam.

Od jakiegoś czasu szukam mieszkania. Dwu-, trzypokojowego. I przeżywam inny dramat - przede wszystkim cenowy, ale też lokalizacyjny. Kwoty są astronomiczne, a umiejscowienie najczęściej tragiczne. I wcale nie jest tak, że jakoś wybrzydzam. Nie ma po prostu w czym wybierać. Efekt jest jaki jest - nie oglądałam jeszcze żadnego mieszkania.

Szkoda słów. Ale nadziei jeszcze nie tracę. "Tylko spokój...".

Mieszanie, którego nie mogę znaleźć. W tej chwili to jedyny niefajny element mojego już prawie rocznego życia w Warszawie.

 

czwartek, 02 lipca 2009

Rozdział swojego życia pod tytułem "Studia" już zapisałam, przeczytałam, obroniłam i zamknęłam. Teraz pozostaje go zapamiętać. Oby jak najbardziej szczegółowo.

Trochę się w ciągu pięciu lat wydarzyło. Z jednej strony - wydaje się, że ten czas minął bardzo szybko. Z drugiej jednak - to pięć pięknych, długich lat, obfitujących w moc wydarzeń, czasem bardzo różnorodnych, niespodziewanych.

Rok I

Zielona Góra. To tam zaczęła się moja przygoda ze szkolnictwem wyższym. Miasto wspominam bardzo miło, brakowało jedynie nocnej komunikacji miejskiej. Ludzie na studiach - różni. To znaczy bardzo fajni, ale z perspektywy 4 późniejszych lat - mało charakterystyczni. Dziś scharakteryzować umiałabym może trzy, może pięć osób. Na pewno nie więcej.
Ale studia w Zielonej Górze to również początek mojej przygody ze śpiewaniem przed publicznością. Chór Akademicki - to była niesamowita przygoda i niezła dawka kontaktu z kulturą studencką.

Legendą samą w sobie jest to, w jaki sposób się tam dostałam. Ale o tym innym razem, jeśli będziecie chcieli.

Nie zapomnę też nigdy dziewczyn, z którymi mieszkałam w ZG. Ulicy już nie pamiętam, ale Kleszcza, Kazię i Stępę - jak najbardziej. Kiedy my się spotkamy...?

Rok II

To już Poznań. Na początku - zwątpienie. Dobrze, że zamieszkałam ze znajomymi z Konina - to oni pomogli mi przetrwać ten pierwszy miesiąc-półtora, zanim na dobre stałam się częścią niesamowitego organizmu, jakim jest grupa C. Miałam do wyboru grupy dziekańskie od A do K. Intuicyjnie wybrałam C. I to był strzał w dziesiątkę!

Taka grupa trafia się pewnie raz na kilka lat. Dynamiczna, zgrana, całkiem dobra w nauce, jeszcze lepsza w imprezowaniu. Charakterystyczna i rozpoznawalna, lubiana przez wykładowców.

Wyprawa do Wilna. Fantastyczna.

Drugi rok to też jedno nazwisko, którego chyba nikt z nas nie zapomni: Jerzy Borowczyk.

Aha, i to na drugim roku właśnie na dobre rozkwitła fascynacja twórczością Jacka Kaczmarskiego.

No i wakacyjny wyjazd do pracy do Włoch. Najbardziej nierozsądna, ale i jedna z najciekawszych inicjatyw podjęta przeze mnie kiedykolwiek. A później Tatry Wysokie - i pokonywanie własnych granic i słabości. Trudne, ale bardzo ważne doświadczenie. Na tyle ważne, że wiem, że nigdy w życiu nie wejdę na Orlą Perć.

Rok III

Początek wielkiej przygody, zwanej radiem. Miłość od dzieciństwa, teraz urealniona. Radio Afera, pierwszy szef - Romek Kłosowski. Niezwykła szkoła operowania mikrofonem, zadawania pytań i wyszukiwania tematów. Kolejni niesamowici ludzie na mojej drodze.

Najnudniejszy, najgorszy rok na studiach. Pod względem programu, a nie towarzystwa, rzecz jasna.

Wyprawa do Lwowa. Zupełnie inna, niż ta wileńska. Równie niezwykła. I chyba jeszcze fajniejsza.

Sesja-terminator. Egzamin z historii języka polskiego, historii literatury polskiej i teorii literatury w jednym tygodniu. Nie wiem, jak to możliwe, że wyszłam z tego bez szwanku.

Decyzja - będę pisać pracę magisterską o Jacku Kaczmarskim, czyli fascynacja w apogeum.

Wakacje - to początek 9-ciomiesięcznej przygody z pracą w Empiku, której absolutnie nie żałuję.

Rok IV

Przeprowadzka z Zeylanda na Siemiradziego, które za chwilę stanie się centrum towarzyskim grupy C. Poważna zmiana, wbrew pozorom. Początek marzeń o stażu w radiowej Trójce, decyzja o udziale w konkursie, która zadecydowała o tym, co robię teraz (nie, nie w Trójce). Trudny początek i dość szybki koniec uniesień emocjonalnych. Organizacja dwóch medialnych spotkań, początek przyjaźni z Mikarem.

Wyjazd studencki do Warszawy i to przeświadczenie - "ja tu jeszcze wrócę. Na dłużej".

Śmierć Paulinki. Trudne, grupowe doświadczenie, którego nie pominęłam również na tym blogu. Niezwykle przejmujące i smutne, ale też niezwykle ważne.

Wakacyjna wyprawa do Ukrainy - czyli podróż życia. Zrozumienie, że naprawdę można umrzeć ze strachu. I zrozumienie, że najważniejsze, to mieć na kogo liczyć.

Rok V

Najtrudniejsza i najważniejsza decyzja w moim życiu - zostaję w Warszawie, spełniam marzenia i mam nadzieję, że wszystko jakoś się ułoży. Czyli niemalże zerwanie kontaktów z uczelnią. Ale nie z ludźmi.

Wigilia z grupą.

Najbardziej niezwykły wyjazd zimowy + Sylwester w górach.

Totalne przebranżowienie się, zmiana optyki z półplanu na plan szeroki.

Pisanie pracy magisterskiej, obrona.

***

I tak oto jest drugi lipca anno domini 2009. Co dalej? Na razie trochę odpoczynku. I coraz więcej niepewności. I sporo przemyśleń o tym, co ewentualnie można by zrobić. I jeszcze - tęsknota za wakacjami. Bo jak na razie nie zapowiada się, by w tym roku takie słowo w tym roku pojawiło się w moim wokabularzu.

***

"Bo pewne jest, że coś się kończy,
ale ważniejsze - co się zacznie"...

środa, 20 maja 2009

XIX akcja Grupy Trzymającej Warszawskie Blogi, pod tytułem "Prawie jak w...", skłoniła mnie do porównania dwóch ważnych dla mnie miast - Warszawy i Poznania. Różnic jest od groma. Ale podobieństw też całkiem sporo. Na przykład główne arterie miast - samo centrum.

W Warszawie ulica Marszałkowska, odcinek między metrem Świętokrzyska i metrem Centrum, wygląda tak:

 

Domy handlowe - wiadomo, w centrum są zawsze, bo pewnie być muszą. Ale niekoniecznie muszą wyglądać tak, jak tu. A już zupełnie perpektywę psują trzy socjalistyczne wieżowce.

W Poznaniu jedną z głównych arterii miejskich jest ulica św. Marcin. I choć centrum Poznania prezentuje się dużo lepiej niż Warszawy, to pewien odcinek św. Marcina, mniej więcej tuż za skrzyżowaniem z Gwarną, nie wygląda lepiej, niż Marszałkowska:

 

Wieżowce "Alfa", sztuk pięć. Paskudztwo. I jeszcze gorsze sklepy. 

Zdjecia oczywiście z www.norc.pl. 

18:47, jodynka
Link Komentarze (12) »
czwartek, 14 maja 2009

To miał być wpis o tym, że dzięki pracy, którą wykonuję, poznaję miasto od różnych stron, różnych miejsc. Dziś zauroczyła mnie Saska Kępa.

Będzie jednak też o pracy, ale w jej zupełnie innym wymiarze.

Proszę bardzo - tam, w tym czerwonym kółku, jest moje biurko, moje stanowisko pracy.

 

Wiem, że niewiele widać. Ja jednak poczułam pewien dreszczyk emocji, kiedy zajrzałam na chwaloną już kiedyś przeze mnie stronę www.norc.pl i zobaczyłam, że dodano zdjęcia z ulicy, przy której pracuję. Postanowiłam więc się "pochwalić". 

Ciekawe, czy ktoś wpadnie na to, gdzie to jest. Szczerze mówiąc - nie sądzę, ale może jednak?
(Wy, którzy wiecie, bo mnie znacie - nie zdradzajcie!).

 

niedziela, 03 maja 2009

Koleżanka zabrała mnie na spacer.

Po Sadybie.

I tak, zdecydowanie - to jest fajna dzielnica.

Najpierw byłyśmy nad Jeziorkiem Czerniakowskim. Bardzo przyjemne miejsce - tylko dlaczego tam stoją te paskudne kominy...

Doszłyśmy do ulicy Okrężnej - i tam poczułam się jak w małym miasteczku, przyjemnym, starym - ale odnawianym. 
Potem przez ulicę, obok Muzeum Katyńskiego przez park - do domków jednorodzinnych. Jasne, że to dzielnica dla raczej bogatych. Ale wygląda niesamowicie! I bardzo ciekawe jest uczucie po tym, kiedy czyta się nazwę ulicy: Zdrojowa, oddalonej o około 200 metrów od głównej trasy dojazdowej do centrum. Tam huk, a tu - zupełnie jak w małym kurorcie! Drzewa, domki z ogródkami, brukowane uliczki... 

Potem wyszłyśmy w bloki. Ale nie straszące molochy, nieprzyjemne i przerażające. Nie! Niskie, całkiem kolorowe, w całkiem sensownej odległości jeden od drugiego. Boisko, szkoła, dość zielono...

Tak, zdecydowanie włączam tę dzielnicę do katalogu w swoich poszukiwaniach miejsca do zamieszkania. 

 
1 , 2 , 3